Cykl humorystyczny z życia 1 Warszawskiej Brygady Zmotoryzowanej NJW MSW
Odcinek nr 1.
Alarm był zawsze grubym wydarzeniem w naszej jednostce. Niby powinno to być wydarzenie zaskakujące, które w swojej istocie miało wnieść do codziennego życia element istoty wojska, czyli gotowość do reakcji w każdej chwili i w każdej porze roku, to jednocześnie dzięki tak zwanemu Szwejkostwu tj. gadulstwu i plotkom na wszystkich szczeblach dowodzenia zawsze było przedterminowo znane ogółowi stanu osobowego jednostki. Ponieważ czas reakcji na sygnał alarmu stanowił całkowicie mierzalny czynnik gotowości i sprawności wojska, żołnierze kładli się spać po capstrzyku, w pełnym umundurowaniu z przygotowanym oporządzeniem do błyskawicznego jego zabrania. Oficerowie i podoficerowie, jeżeli mieszkali gdzieś dalej z reguły spędzali noc alarmu w jednostce. Jedynym czynnikiem opóźniający wyjścia pododdziałów z rejonu zakwaterowania był tylko czas niezbędny do pobrania broni i amunicji z kompanijnych magazynów broni oraz w przypadku pododdziałów specjalnych pobranie sprzętu technicznego niezbędnego do wykonywania zadań.
Po pobraniu broni żołnierze wsiadali do podstawionych samochodów, po czym ich kolumny w pośpiechu opuszczały jednostkę i przemieszczały wojsko do rejonu alarmowego zlokalizowanego w odległości około 30km od Warszawy w kierunku południowym, gdzie zajmowały wyznaczone pozycje i przystępowały do wykonywania określonych zadań bojowych.
Alarm, który opisuję został ogłoszony w celu zaprezentowania gotowości bojowej 1WBzmot dla nowego dowódcy Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, w osobie pana generała Edwarda Wejnera.
W tym miejscu należy nadmienić, że poziom tzw. paniki wojskowej, podsycanej dodatkowo przez oficerów sztabu jednostki był rzeczywiście na bardzo wysokim poziomie. Przekładał się on na kadrę dowódczą niższych szczebli dowodzenia jak również, w tak samo wysokim stopniu, na żołnierzy służby zasadniczej.
Kompania saperów, którą w tym czasie dowodziłem jako główne zadanie miała zabezpieczyć pod względem inżynieryjnym stanowisko dowodzenia Brygady, w tym między innymi: wykonanie technicznych zabezpieczeń inżynieryjnych – pól minowych oraz zapór, na bazie elektrowni polowej IES -16 zapewnić oświetlenie w namiotach sztabu Brygady, wykonać punkt wydobywania wody i zorganizować właściwą jej dystrybucję, rozwinąć i uruchomić punkt pozyskiwania i obróbki drzewa niezbędnego do wykonywania budowli i zabezpieczeń inżynieryjnych.
Każdy z nas saperów również chciał pokazać właściwy poziom wyszkolenia oraz wysoką sprawność i znajomość urządzeń technicznych, a także wykazać naszą determinację do podniesienia oceny ogólnej naszej jednostki.
Jedynym naszym słabym punktem było wykonanie punktu wydobywania wody. W celu jego wykonania drużyna wydobywania wody (wtedy pod wodzą pana kaprala Zalewskiego) za pomocą studni rurowej typ SR-7 musiała dokonać odwiertu, z reguły na głębokość 7-8 m i liczyć, że szczęście im dopisze i natrafią na jakąś żyłę wodną, która umożliwi za pomocą pompy hydraulicznej pozyskanie choćby minimalnej ilości wody. Żołnierze w rejonie alarmowym wiercili studnię bez przekonania, ponieważ powszechnie było wiadomym, że na poziomie wiercenia do 7-8 m wody w całym rejonie alarmowym wody nie było.
Jakież było moje zdziwienie, gdy przybyłem do punktu wydobywania wody i kapral Zalewski zameldował mi, że woda jest. Coooo…. – no jest. Z braku czasu nie zająłem się dokładnym poznaniem odwiertu tylko przystąpiłem do sprawdzania innych elementów zabezpieczeń inżynieryjnych wykonywanych przez kompanię saperów.
Gdy już było wszystko gotowe zaczęła się lustracja pododdziałów i poszczególnych punktów zabezpieczeń technicznych przez generała Wejnera w towarzystwie za-cy dowódcy ds. liniowych Brygady pana płk. Józefa Koładkiewicza.
Po pewnym czasie zawitali oni do punktu wydobywania wody, kapral Zalewski w mojej obecności złożył właściwy meldunek panu generałowi i od razu padło sakramentalne pytanie „woda jest ?” – tak mamy wodę odpowiedział kapral Zalewski „ a z ilu metrów ?” – z 10 metrów głębokości, padła kolejna odpowiedź, w tym miejscu się zdziwiłem, bo przekraczało to możliwości techniczne zestawu SR-7.
Kapralu nalejcie trochę wody do manierki powiedział generał – kapral nalał i podał manierkę generałowi, a on najpierw powąchał wodę po czym jej spróbował – dobra – orzekł.
Gratuluję kapralu powiedział jednocześnie ściskając jego rękę.
Pułkowniku Koładkiewicz proszę wyróżnić kaprala i jego drużynę urlopami nagrodowymi.
Pułkownik Koładkiewicz na odchodnym podziękował również mi za udaną prezentację.
Gdy już generał ze świtą oficerów towarzyszący się oddalili, podszedłem do kaprala Zaleskiego i poprosiłem o relację jak oni to zrobili, że dowiercili się do wody.
To tajemnica odpowiedział kapral Zalewski, jeżeli porucznik (czyli ja), da nam dodatkowy urlop to powiemy jak.
Przecież dostaniecie urlop od dowódcy jednostki – rzekłem, jednak kapral i żołnierze drużyny byli nieugięci. Jakoś wytargowałem się, że wyjawią mi swoją tajemnicę, gdy każdemu z nich ze swojej puli, dołożę po dwa dni urlopu – zgoda – OK!
Kapral zaprowadził mnie do stojącego nieopodal samochodu ciężarowego Star 66 na którego pace, zobaczyłem brezentowy dwustu litrowy zbiornik wody, z którego wychodził wąż gumowy wprowadzony (zakopany na odcinku do studni) w ziemię.
Wcześniej żołnierze podjechali do pobliskiego gospodarstwa rolnego i zatankowali zbiornik bezpośrednio z wodociągu.
Genialne, studnia nie czerpała wody z odwiertu, tylko ze zbiornika umieszczonego na samochodzie.
No to daliście popis – oceniłem (sam w duszy pękałem ze śmiechu).
Ten manewr, skutecznie powtórzyliśmy jeszcze na kilku kolejnych alarmach,
Napisał: Andrzej Góralski